Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Ruta de la Tapa

Kryzys w pełni, ludzie coraz mniej wydają na jedzenie "na mieście", dużo knajpek ledwo sobie radzi, trzeba coś wykombinować. Usiedli, pomyśleli i wykombinowali - trasę tapasów, czyli jedno piwo/wino/woda+przekąska za 2.50 euro. Ruszyła 4 kwietnia w municipio de La Oliva (dużo restauracji z popularnego Corralejo bierze udział), potrwa do 4 lipca, a dodatkowo można sporo wygrać. Wystarczy odwiedzić 40% ze wszystkich knajpek, zebrać specjalne pieczątki i wziąć udział w losowaniu. Gdyby ktoś odwiedził 40% a wracał do Polski to ja z chęcią przygarnę kupon, żeby się nie zmarnował :)


czwartek, 10 kwietnia 2014

Policyjnie

Na Wyspach Kanaryjskich wypoczywa (i żyje się) dosyć bezpiecznie dzięki dużej ilości policji. Istnieją trzy główne korpusy:

1) Policia Local - odpowiednik naszej straży miejskiej, tylko o większych kompetencjach (i działający sprawniej). Działają na obszarze miast (np. wystawiają mandaty za złe parkowanie), a jeśli zauważą (chociażby w drodze do innego miasteczka które im podlega), że ktoś łamie przepisy, powiadamiają Guardię Civil. Dosyć przyjemni i nieszkodliwi, jakoś nigdy mi nie podpadli i nie miałam żadnego starcia z nimi, co jakiś czas wpadają do hotelu z pytaniem czy wszystko w porządku.

2) Guardia Civil - ci, których tak bardzo się boję, brr. Hiszpańska żandarmeria, czyli formacja paramilitarna. Guarcia Civiles nie mogą na przykład należeć do związków zawodowych, a wykonywane przez nich obowiązki sprawiają, że prawie nikt ich nie lubi - stoją z radarami, zatrzymują do kontroli (alko/narkotykowej), ukrywają radary w najdziwniejszych miejscach. Pozytywne aspekty pracy - chociażby to, że łapią prawdziwych przestępców, ale z drugiej strony każda ich kontrola na drodze sprawia że mam ciarki.
Najwyższy mandat jaki mi groził to 600 euro za niezatrzymanie się na STOPie, udało się nie dostać, ale nie wiem czy niedługo nie dostanę zdjęcia z fotoradaru ukrytego sama-nie-wiem-gdzie (jak jechałam to z naprzeciwka mi zamrugali ale chyba już było za późno). Mandaty są wysokie (zwykle, chociaż np. za brak prawa jazdy w trakcie kontroli jest tylko 10 euro), na szczęście jeśli zapłacimy w ciągu 20 dni (nowe przepisy, weszły w życie w tym roku) to dostajemy 50% zniżki. Póki co jeszcze punktów mi nie odejmują (bo tutaj ma się 12 punktów na całe życie i za przewinienia je odejmują, a nie dodają tak jak u nas, poza tym te 'tutejsze' nie anulują się po roku, ups...), ale w maju 2015 muszę wymienić polskie prawko na hiszpańskie i już będę zagrożona punktami.

Jeśli będziecie jeździć na Kanarach w nocy, uwaga na duuuuże kontrole - czasem zablokowane jest całe rondo i sprawdzają wszystko - od dokumentów, przez kontrolę alkomatem, po test narkotykowy. Ja za pierwszym razem byłam przerażona, sam mundur Guardii Civil prawie powoduje u mnie atak paniki, a większość z funkcjonariuszy jest bardzo nieprzyjemna w sposobie bycia.

3) Policia Nacional - tych z kolei uwielbiam, głównie dzięki młodszej części funkcjonariuszy. Wszyscy młodzi których widziałam są superprzystojni, mają obcisłe koszule i zabójczy uśmiech :) zajmują się sprawami imigrantów (ponad rok walczyłam z nimi o wydanie papierów, a mimo to dalej ich lubię), zagrożeniami terrorystycznymi, zorganizowanymi grupami przestępczymi itd. Lubię ich głównie za to:

(ukradzione z http://cuantodanio.es/2013/01/el-policia-nacional-que-esta-causando.html)
No dobra, może nie wszyscy tak wyglądają ale wielu z nich. Naprawdę wielu. Czasem aż żałuję, że problem z papierami mam już za sobą, bo wcześniej odwiedzałam posterunek co najmniej raz w tygodniu.

Niezależnie od tego, że niektórzy hiszpańscy policjanci są naprawdę przystojni, nikomu z Was nie życzę kontaktu z nimi, tym bardziej że niewielu mówi po angielsku.

Gdyby jednak w trakcie wypoczynku w Hiszpanii wydarzyło się coś, o czym musicie zawiadomić policję, warto pamiętać o możliwości złożenia zawiadomienia telefonicznego pod numerem 902 102 112 (po angielsku, niemiecku, francusku i włosku, od poniedziałku do niedzieli w ciągu dnia). Telefonicznie można zawiadomić o kradzieży, zgubieniu dokumentów lub innych szkodach. Po złożeniu zawiadomienia musimy się wybrać na posterunek Policji Narodowej i podpisać zeznanie, a później czekać na rozwiązanie sprawy. Nie ma jednak co się oszukiwać, większość spraw typu 'wakacyjnego' (np. ktoś mi ukradł portfel) pozostaje niewyjaśniona, tyle że przynajmniej mamy potwierdzenie dla naszego ubezpieczyciela. Ale odpukać w niemalowane, żeby czasem kogoś nie spotkały takie nieprzyjemne wydarzenia w trakcie urlopu na Kanarach!

piątek, 31 stycznia 2014

Wietrzna wyspa

O Fuerteventurze mówi się "wietrzna wyspa" - wiatr wieje tu prawie cały rok, zwykle pomiędzy 10 a 20 km/h. Zwykle w zimie wieje mniej niż w lecie, ale to dobrze - w lecie ten wiatr ratuje sytuację, gdyby nie on byłoby za gorąco (ci którzy przeżyli calimę wiedzą o co chodzi), a zimą jest niestety dosyć nieprzyjemny, bo chłodny.

Ostatnio jest LODOWATY a nie chłodny, a kilka dni temu na pobliskiej Lanzarote wiało ponad 80km/h.  Instytut Meteorologiczny wydawał ostrzeżenia ze względu na wiatr i fale (jakby ktoś chciał sprawdzić pogodę na najbliższe dni to polecam ich stronę, są najbardziej wiarygodni), niektóre kursy promowe zostały odwołane, mnie tydzień temu mało nie zabiły drzwi od auta, a pies nie chciał wychodzić na spacer.

Z okazji takiej a nie innej pogody dostałam dwa zabawne obrazki na WhatsApp:


Japonki na wietrzną pogodę. Ja ze względu na masę własną takich nie potrzebuję, ale znam dziewczyny, którym naprawdę się dziwię jakim cudem nie latają 10 metrów nad ziemią przy tym wietrze :)



i zdjęcie zrobione z kosmosu, na którym La Palma znajduje się w 'trochę' niewłaściwym miejscu z powodu tzw. 'ventolery', czyli wichury :)


no i akcent humorystyczny związany z życiem w Hiszpanii - w sierpniu 2012 byłam w szpitalu na ostrym dyżurze, miał zapłacić mój ubezpieczyciel. Przedwczoraj dostałam fakturę na 215 euro za tę właśnie wizytę - administracja hiszpańska działa bardzo sprawnie....

piątek, 24 stycznia 2014

Ile to wszystko kosztuje?

Może ktoś z Was zastanawiał się już, jak tu się żyje i ile to kosztuje. Ostatnio z kasą u mnie krucho :) więc przygotowałam małe zestawienie.

1) mieszkanie - 400 euro

Wynajmujemy, podana kwota to kwota razem z rachunkami (bez internetu). Mamy dwie sypialnie (jedna z wyjściem na balkon i widokiem na ocean), łazienkę, kuchnię i duży pokój, niskie pierwsze piętro, jakieś 50 metrów od oceanu, 5 minut autem albo kwadrans autobusem od stolicy.

Czy to co mamy to niezłe mieszkanie? Myślę że tak, przynajmniej patrząc na oferty na milanuncios.com albo porównując z mieszkaniami znajomych. W Puerto del Rosario można wynająć już za 250 euro (tak samo jak i w Nowych Horyzontach), ale zdecydowanie inną klasę mieszkania. Poza tym na ogół w cenie nie ma rachunków (a w zimie za prąd płacilibyśmy baaaaaardzo dużo - dogrzewam sypialnię kaloryferem elektrycznym i dosyć często używam piekarnika elektrycznego).

2) transport - 200 euro

Niestety nasze grafiki się nie pokrywają, poza tym mamy różne godziny zmian w pracy. Oznacza to, że oboje pokonujemy 5 razy w tygodniu dokładnie tę samą trasę - Puerto Lajas do Caleta de Fuste. Jakieś 50-60km dziennie, liczmy 300km tygodniowo. Ja moją Ibizę tankuję raz na dwa tygodnie za max. 50 euro, G. jeździ terenową Toyotą i automatycznie wychodzi mu dużo drożej. Ale co zrobić....

Koszty napraw - dosyć wysokie, chociażby wymiana klocków hamulcowych 50 euro, ale na szczęście tu nikt nie przejmuje się stanem wizualnym auta. Myję auto raz na dwa tygodnie (aktualnie już prawie 3 bez mycia, bo dzień w dzień pada albo mocno wieje i nie ma sensu myć), lakiernika nigdy nie widziało (a powinno), zamek odmówił posłuszeństwa jakieś 3 miesiące temu. Póki co zostawiam otwarte pod pracą i nic się nie dzieje.

Auto można kupić już od 1500 euro - takie w miarę sprawne, bo ruinę to i za 500 :) ceny nowych, chociażby Dacii Sandero - od 5000 w górę. Tak samo jak nikt nie przejmuje się przerysowaniami, rdzą, drobnymi stłuczkami itd, tak samo (prawie) nikt nie próbuje zaszpanować autem. Na Fuercie auto ma być wytrzymałe, a nie pokazowe.

Jeśli ktoś chce poruszać się komunikacją publiczną, to pozostaje mi tylko życzyć szczęścia. Na Teneryfie i Gran Canarii jest to dosyć proste (ale wcale nie tanie!), u nas - właściwie niemożliwe.

3) jedzenie - 200-350 euro

Skąd taki duży rozstrzał? Wszystko zależy od tego, czy w danym miesiącu jemy tylko w domu czy też wychodzimy, czy dużo gotujemy czy może jemy w pracy. Jeśli ktoś je w pracy (my nie lubimy), nie szaleje w atrakcjami typu słodycze i napoje gazowane, to spokojnie dwie osoby dadzą radę za 150 euro i trochę im zostanie.

Niestety tanie produkty to produkty mocno przetworzone i niezdrowe, dodatkowo (na szczęście) ryby i mięso. Stosunkowo drogie w porównaniu do Polski są warzywa i owoce, a wielu warzyw znanych z Polski tutaj w ogóle nie ma albo ciężko je dostać (za kilogram selera płaciłam ostatnio prawie 10 euro....).

Co do naszych wydatków,warto wziąć poprawkę na to, że:
- G. ma celiakię i nie je glutenu - produkty typu chleb, piwo, mąka, ciastka są sporo droższe niż produkty glutenowe,
- G. jest uzależniony od coca-coli i słodyczy - na te dwie rzeczy wydaje miesięcznie jakieś 40 euro. Jak ktoś je zdrowo to od razu odpada mu 40 euro z wydatków :),
- nie oszczędzamy na jedzeniu, ale też nie szalejemy z wychodzeniem do knajp. Wychodzimy raz-dwa w miesiącu i wydajemy wtedy pomiędzy 20 a 60 euro (w zależności od tego gdzie pójdziemy, co zamówimy).

Zakupy robimy zwykle w kilku partiach - dwa razy w miesiącu duże zakupy z chemią gospodarczą, kosmetykami, żarciem psa itd - około 120-150 euro, poza tym na bieżąco kupujemy produkty świeże - mięso, warzywa, owoce (raz w tygodniu 30 euro).

4) rozrywka, komunikacja itd. 150-200 euro

- dosyć dużo wydajemy na telefony - pakiet komórka+tel domowy+internet to 60 euro, mój telefon to kolejne 30 euro.
- G. jak prawie każdy Hiszpan gra w Totka - minimum 30 euro miesięcznie.
- bilet do kina - około 5 euro. Na żadnych koncertach, wizytach grup teatralnych i tego typu atrakcjach nie bywamy, jakoś mnie nie ciągnie (chociaż na Gran Canarii na pewno bym się wybrała, tyle że to inna oferta).
- książki dosyć drogie - zwykle 15-20 euro, jeśli już kupuję to raczej na prezent dla G., sama czytam na kindle

5) dodatkowe wydatki - czasami zero, a czasami i 600 euro (tyle zostawiłam u najgorszego dentysty świata rok temu)

Jeśli ktoś zdecyduje się przenieść na Wyspy na stałe (bądź na dłużej) i żyć z oszczędności/bez hiszpańskiej pracy (czyli np. ze zdalnej pracy na polską umowę), to warto kupić prywatne ubezpieczenie medyczne. Niby narzekamy na polską służbę zdrowia, ale hiszpańska wcale nie jest lepsza, dodatkowo jest wielu bardzo słabych lekarzy. Koszt takiego ubezpieczenia zdrowotnego to jakieś 50-60 euro od osoby, im więcej osób się ubezpieczy tym taniej wychodzi za każdą (przykładowo - ja sama to 56 euro, G. to 43 euro, a ja z G. - już niecałe 80).
Uwaga - na Fuercie takie ubezpieczenie niewiele pomoże, bo tu i tak jest tylko kilku lekarzy współpracujących z firmami ubezpieczeniowymi. Na szczęście prom na Gran Canarię to 40 euro w dwie strony, samolot 60 - oznacza to, że przy większych wydatkach (np. implant zęba) opłaca się wykupić ubezpieczenie i przemieścić się na bardziej cywilizowane wyspy.


Podsumowując: średnio miesięcznie wydajemy łącznie 1200-1300 euro, czyli jedną pensję. To jest teoretyczne, bo w praktyce G. ma zobowiązania finansowe na Gran Canarii, ja spłacam kartę kredytową z Polski, ale nie o to chodzi w tym poście. Chodzi o to, że da się bardzo przyjemnie żyć za jedną pensję (nic nie odkładając ale też zupełnie nie oszczędzając).

Jak wygląda kwestia zarobków? W recepcji hotelu średnio 1200 euro, sprzątaczka około 1100, w supermarkecie w kasie około 1000, v-ce dyrektor hotelu 4* 1700 euro, guest relation w tym samym hotelu 1250 euro, animator zatrudniony przez agencję animacyjną 750 euro (ale ma zapewnione jedzenie i mieszkanie). Aktualnie w wielu rodzinach pracuje tylko jedna osoba i dają sobie radę nawet mając dwójkę dzieci, ale jest to bardziej "od piątego do piątego" niż spokojne życie (chyba że mają własne mieszkanie bez kredytu, to sytuacja komfortowa).

Jeśli ktoś wybiera się na Wyspy np. na pół roku czy rok, po prostu odpocząć od zgiełku, to listę tę trzeba zmodyfikować - zmniejszyć koszty jedzenia, benzyny, ale dodać np. kaucję za mieszkanie. Tak samo jeśli ktoś mieszka tam gdzie pracuje - wtedy na transport nie wydaje się prawie nic.

czekam na pytania dot. tego postu :) bo z doświadczenia z rozmów z turystami wiem, że temat kosztów życia jest jednym z najczęściej poruszanych.

czwartek, 16 stycznia 2014

Pierwsza polska gazeta na Fuerteventurze

Wczorajsze leniwe popołudnie w pracy (takie są dla mnie styczniowe dni po tym, jak zaczęłam przygodę z recepcją w najgorszej świątecznej gorączce) okazało się o tyle ciekawe, że miałam okazję zapoznać się z drugim numerem pierwszej polskiej gazety na Fuercie.

Gazeta nazywa się "waka-wakacje" (bystre, nie?) i wydaje ją trójka Polaków mieszkających na południu. O tej nowej atrakcji usłyszałam już miesiąc temu i liczyłam na coś w stylu Fuerteventura Magazine Hoy (miesięcznik wydawany po angielsku, hiszpańsku, francusku i niemiecku) albo przynajmniej Fuertenews (angielski i hiszpański). Niestety okazało się, że polska propozycja jest tylko polskojęzyczna, szatą graficzną przypomina szkolne gazetki, a duża ilość błędów ortograficznych sprawia, że ciężko skupić się na treści (litości, błędy w reklamach zakrawają na parodię...).

Na plus: ciekawostki o regionie/całej Hiszpanii (np. świąteczna loteria El Gordo), minisłowniczek polsko-hiszpański, sama idea zaznaczenia naszej obecności na wyspie.

Na minus: niestety wykonanie. Jedyne dwa artykuły, które przeczytałam bez "bulu oczuw" to opis karnawału na Wyspach i wywiad z rezydentką Itaki. Oba napisała ta sama osoba, Agata Klukowska. Po cichu licze na to, że w następnym numerze będą tylko jej artykuły ;)

Podsumowując - liczę na to, że redaktor naczelny w ciągu najbliższych miesięcy popracuje nad przaśną oprawą graficzną i problemami z ortografią, tak by w trakcie pracowitego letniego sezonu gazetka szkolna stała się przyjemnym magazynem ;)


Inne sprawy - dzisiaj pierwsza miesięcznica mojej nowej pracy. Dalej twierdzę, że odejście z wielkiego koncernu turystycznego było najlepszą decyzją ubiegłego roku :)



Jest tylko jeden minus - bardzo tęsknie. Zarówno za moją siostrą, która istnieje podwójnie, jak i za moją prawie-siostrą, niedoszłą (przez papierologię:() świadkową o zaraźliwym śmiechu, którego bardzo mi brakuje obok mnie :( Madziuuuuuuuuuuuuu to o tobie, wiesz o tym, nie? :*



poniedziałek, 11 listopada 2013

Już w Polsce

Zimnej, ciemnej, mało przyjaznej po dzisiejszych rozróbach.

Jak to się dzieje, że Dia de Canarias 30 maja wszyscy Kanaryjczycy świętują razem, cieszą się, piją, śpiewają, przytulają, ubierają w swoje regionalne ciuchy i są przeszczęśliwi, a my (no dobra, nie 'my' jako wszyscy, ale jednak kilka tysięcy osób) robimy rozróby, doprowadzając moje rodzinne miasto do ruiny?

Czy chociaż jeden/dwa dni w roku nie może być spokojnie, pokojowo, przyjaźnie?

Bo pytań w stylu 'dlaczego mnóstwo ludzi w Polsce jest do siebie wrogo nastawionych' już nie zadaję. Prawie dwa lata w miejscu, w którym żyje się spokojnie, słonecznie i ciepło odpowiedziały mi na te pytania. Już mnie nie dziwi, że tutaj sąsiad nie odpowie na moje dzień dobry, a dziadek stojący za mną w kolejce w sklepie będzie szukał podstępu w tym, że go przepuściłam. Tam to jest coś normalnego, tutaj - ludzie patrzą się na mnie jak na wariatkę.

Wróciłam w zeszły poniedziałek rano i pierwsze słowa które powiedziałam brzmiały 'zimno', ale powiedziałam je z uśmiechem na twarzy. Wchodzę do sklepu - uśmiech, jadę autobusem - uśmiech, rozmawiam z kimś znajomym - uśmiech. I szczerze? Dziwnie mi z tym. To nie jest normalne i gorzej - nie jest dobrze widziane w tym kraju. Mam wrażenie, że o ludziach szczerzących się cała reszta myśli 'wariaci'. Ta codzienna szarzyzna powoli ściera uśmiech z mojej twarzy, bo jednak jestem dosyć nieśmiała i nie lubię jak ktoś się na mnie gapi albo mnie obgaduję, ale ten uśmiech cały czas pozostaje wewnątrz mnie. Już kilka osób powiedziało, że 'wyglądam na szczęśliwą' i po raz pierwszy w życiu mogłam się z tym zgodzić. Mimo, że G. jest daleko, mimo że codziennie zajmuję się moim nieszczęsnym licencjatem, jestem bardzo szczęśliwa - mam w sercu zapas ciepła i serdeczności na najbliższe dwa miesiące, a kanaryjskie klimaty grają mi w duszy i nie opuszczą mnie aż do 19 stycznia, gdy wrócę tam, do miejsca do którego tak mocno należę.

Z nowości - mam już 41 stron pracy licencjackiej, ale za to mój promotor zwinął się z uczelni. Jutro jadę na AON poszukać nowego i błagać o zimowy termin obrony, tak żeby nie przerywać mojego kontraktu w czerwcu tylko po to, żeby wrócić na kilka dni na egzamin.

Kolejna nowość - mój chuchiński (czyt. 'ciuciński' - znany jako Ringo) został z Gerardo i zdaje się, że niezbyt dobrze sobie radzą. Ostatnio zwymiotował na moją część łóżka (pies, nie G.) - liczę na to, że mój facet to sprzątnie do czasu mojego powrotu ;)

Jeszcze następna nowość - od dnia moich urodzin jestem zaręczona. G. przeskoczył wszystkie swoje lęki i (co prawda bez przyklęku ale jednak) zaproponował mi małżeństwo. Ślub, mam nadzieję, już wkrótce - cywilny na Gran Canarii, a później szybki grill dla rodziny i znajomych.

Aaaa no i zapomniałabym - byliśmy w jednej z najlepszych kanaryjskich restauracji, znów Villaverde (bo pierwszą rewelacyjną odkryliśmy na drugiej randce- Casa Marcos w Villaverde). Ta urodzinowo-zaręczynowa to Restaurante Mahoh. Przez kilka lat miała innych prowadzących i zeszła na psy, ale teraz cudeńko - pyszne kanaryjskie smaki i najlepsze tiramisu jakie jadłam w życiu (a trochę już ich jadłam, ha!).

O tak wyglądam po zjedzeniu tego tiramisu (i po zamówieniu kolejnego...wróć - kolejnych - na wynos) - G. znalazł sposób na poprawienie mi humoru :))

Jak już jesteśmy przy kanaryjskich ploteczkach- Chicharera (czyli dziewczyna z Teneryfy) zdobyła tytuł drugiej najpiękniejszej kobiety we wszechświecie. Może zrobiła sobie za mało operacji plastycznych żeby wygrać z Wenezuelką ;) ale ale, akcent polsko-hiszpański - obie reprezentantki zagrają w teledysku Eminema. Poza tym mega depresyjne jest to, że dziewczyna jest rok młodsza ode mnie. To chyba wyznacznik starzenia się - gwiazdy futbolu i modelki są młodsi/dużo młodsi niż ty. Chlip.

to na koniec tylko kolejne z serii zdjęć z kosmosu - tym razem Lanzarote:


ta wielka czarna plama to nie cień ;) tylko Park Narodowy Timanfaya - coś naprawdę wyjątkowego i godnego odwiedzenia niezależnie od tego, czy widziało się już Teide czy nie. Oba parki są po prostu zupełnie różne - Timanfaya powstał niecałe 300 lat temu, wulkany wybuchały przez ponad 6 lat, robi niesamowite wrażenie.


No i tym lanzarockim akcentem kończę, idę do mojej nieszczęsnej pracy licencjackiej i proszę o trzymanie kciuków o grudniową obronę :)


sobota, 19 października 2013

Transport na wyspach

Tytułem wstępu - już wiem, dlaczego wcześniej nie prowadziłam bloga. Po prostu zwykle jestem zbyt leniwa/zmęczona/śpiąca, żeby wejść i coś napisać.
W zeszłym tygodniu miałam 2 dni wolne pod rząd, o dziwo te same co G., więc skoczyliśmy na Gran Canarię. Postanowiłam trochę przyoszczędzić, poleciałam nową linią lotniczą i stąd ta notka.

Zwykle latałam Binter Canarias - lokalną linią, która od X lat co roku zdobywa tytuł najlepszej regionalnej w Europie. Nie dość, że prawie nigdy się nie spóźniają, to jeszcze dają czekoladki/wodę/cukierki na pokładzie. A że czekoladę lubię, szczególnie w wydaniu Ambrosia Tirmy (coś takiego jak nasze prince-polo dawne, przepyszne), to lubię i Bintera. Tym razem poleciałam CanaryFly - linią, która swoją trasę Fuerteventura-Gran Canaria reklamuje tym, że w samolocie jest tylko 19 miejsc, dzięki czemu siedzi się jednocześnie przy oknie i przy korytarzu (marzenie każdego polskiego turysty ;)) ) i dzięki czemu można poczuć się jak Julio Iglesias w swojej prywatnej maszynie ;)

Brzmi fajnie, a w rzeczywistości? Jeśli ktoś z Was miał kiedyś rezonans magnetyczny głowy, to mniej więcej takie wrażenia ma się w trakcie 40minutowego lotu. Niesamowicie głośno, bardzo mało przestrzeni, na dodatek śmierdzi - samolot wygląda jakby został wyprodukowany na początku zimnej wojny. Na plus - niska cena, szybki lot i śmieszni piloci, którzy robią jednocześnie za stewardessy. Tak czy inaczej ponowne wejście do tego samolotu w drodze powrotnej kosztowało mnie dużo nerwów - a normalnie uwielbiam latać.

Bez zniżki dla zameldowanych na Wyspach trzeba wydać min. 100 euro na trasę w dwie strony, ale jeśli ktoś jest z górnej części Fuerty (Corralejo/Caleta de Fuste), to wg mnie opłaca się bardziej niż jechać do portu w Morro Jable i dopiero tam wsiąść na prom - chociaż G. zwykle tak robił, tak jak i tym razem. Dlaczego podróżowaliśmy oddzielnie? Ze względu na nowego członka rodziny (Ringo, oficjalnie adoptowany 2 dni temu, wcześniej byliśmy dla niego domem tymczasowym). Poznajcie Ringo:

Jeden z niewielu momentów, gdy jest spokojny - normalnie przemieszcza się z prędkością światła i nie męczą go dwugodzinne spacery. Gdyby ktoś chciał schudnąć, z przyjemnością go wypożyczę - straciłam już 5kg dzięki naszym spacerom i dalej lecę w dół ;)

G. jak zwykle wyjechał z domu za późno, do portu dostał się jako ostatnie auto, które wpuścili na prom, zamknął Ringo w klatce (wymóg przewoźnika :( ) i po 3 godzinach znalazł się na Gran Canarii - za taką przyjemność promem Naviera Armas płaci się ok. 60 euro bez auta w dwie strony. Ze względu na niepasujące godziny powrotu, mój ukochany wybrał linie Fred Olsen - płyną około 100 minut, ale kosztują już ok. 80 euro, przez co lot zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności. Ale co zrobić, jak na Gran Canarii też potrzebujemy auta, a słodziaka i tak nie zostawilibyśmy w domu... ;)

Zdecydowanie popularniejsza trasa, na której operują te firmy, to Fuerteventura-Lanzarote. Tutaj może zaskoczę - bez zameldowania na Wyspach, przy rodzinie z 2 dzieci albo tylko 2 osobach dorosłych NIE opłaca się jechać na Lanzarote samemu, lepiej kupić wycieczkę u rezydenta. Tak, jestem mało wiarygodna, ale najprościej samemu sprawdzić ceny na stronach przewoźników. Sam prom dla dwóch osób dorosłych i auta kosztuje ok. 100 euro - do tego koszt obiadu, wejściówek do Parku Narodowego, tuneli wulkanicznych itd, benzyna - spokojnie dobijemy albo i przekroczymy koszt wycieczki. Nie wiem z czego to wynika, ale Lanzarote jest wyspą, na której płaci się za wszystko i jest bardzo drogo - i mówię to jako osoba prywatna, niesłużbowo :) gdyby ktoś i tak chciał się wybrać na własną rękę - średnio co godzinę można przebić się promem na drugą stronę, ale i tak lepiej kupić wcześniej bilety online i posprawdzać rozkład - czasem promy są w remoncie itd i może nas spotkać niemiła niespodzianka.

Dosyć miło wspominam trasę Teneryfa (Los Christianos) - La Gomera, bo zwykle można zobaczyć tam delfiny, ale mi udało się to w drodze z Teneryfy (Santa Cruz) na Gran Canarię po naszych krótkich majowych wakacjach. Niestety, delfiny widziałam przez dosłownie kilka sekund :(  za to na promie jest basen, taras do opalania, leżaki - w 3 godziny można strzaskać się na heban. Mimo tego kolejne wyspy - El Hierro i La Palmę - planujemy odwiedzić samolotem i wypożyczyć auto - z Fuerty i Gran Canarii nie ma dobrych, bezpośrednich połączeń promami.

Jak już dostaniemy się na jakąkolwiek wyspę, dobrze byłoby w jakiś sposób się poruszać po jej terenie. Zwykle robi się to na dwa sposoby:

1) autobusem miejskim - na głównych wyspach (Gran Canaria i Teneryfa) dobrze rozwinięta sieć połączeń, rozkłady najlepiej sprawdzić na odpowiednich stronach (busy na Gran Canarii i na Teneryfie), bilet kupuje się w kasie (na głównych stacjach) albo u kierowcy (wsiadając 'po drodze'). Niestety ceny biletów są dosyć wysokie - o ile przy jednej osobie jeszcze opłacalne może być poruszanie się komunikacją miejską, o tyle przy parach/rodzinach, zdecydowanie lepiej wypożyczyć auto - o tym za chwilę.

Na Fuerteventurze oczywiście też istnieje publiczny przewoźnik - Tiadhe, ale tutaj istnieją właściwie tylko trzy główne trasy - z Puerto del Rosario (stolica) do Caleta de Fuste (bus 3), z Puerto del Rosario do Corralejo (bus 6), z Puerto del Rosario do Morro Jable (1 i 10, przy czym 1 jedzie przez środek wyspy - zajmuje mu to około 2 godzin....). Cała reszta połączeń to połączenia bardzo lokalne (np. Corralejo-El Cotillo), autobusy jeżdżące rzadko albo drogie (bo długa trasa, tak jak linia 1).

Na pozostałych wyspach również można zauważyć, że główne linie jeżdżą często, zwykle 'brzeg' wyspy można obejrzeć autobusem, a im bardziej do środka, tym mniej kursów w ciągu dnia. Jak już autobus się pojawi, to warto pamiętać, że bilet kupuje się u kierowcy, a większość przystanków jest na żądanie. Jeśli się pojawi, a nie pomachamy, to najprawdopodobniej będziemy czekać na następny. Ale spokojnie - jesteśmy na Wyspach Kanaryjskich, nie powinno nam się śpieszyć ;)

Niektórzy mają dosyć czekania na autobus i próbują łapać stopa, ale wszystko zależy od szczęścia i danego dnia - czasem ktoś zatrzyma się po minucie, a czasem będziemy czekać godzinę aż do autobusu.

Ze względu na wymienione czynniki wg mnie o wiele wygodniejsze jest poruszanie się autem.

2) samochód - przy wcześniejszej rezerwacji można znaleźć z pełnym ubezpieczeniem auto w dobrym stanie za 10 euro dziennie (na dłuższy okres, nie na jeden dzień ;) ), ale wszystko zależy od sezonu, miejsca i typu auta. Zwykłe ceny- od 35 do 70 euro, terenówki i cabrio oczywiście więcej. ZAWSZE radzę uważnie czytać kontrakt, a jeśli nie znamy języka - pożyczać przez rezydenta. Zdarzają się sytuacje, że wypożyczalnia 'zapewnia' o pełnym ubezpieczeniu, po czym okazuje się, że jednak potrącają nam kaucję (np. 300 euro - dlatego też radzę unikać kaucji, płacenia kartami kredytowymi itd). Benzyna tania, parkowanie - zależnie od miejsca. Na Fuerteventurze praktycznie bezpłatne (poza kilkoma miejscami), na Gran Canarii i Teneryfie - zwykle ciężko zaparkować tam, gdzie jest dużo turystów bądź lokalsów, a parkingi płatne są bardzo drogie. Cóż, takie życie :))
Dobre ubezpieczenie charakteryzuje się tym, że nawet jak zrobisz coś z własnej winy, np. zostawisz gdzieś antenę od auta, to i tak cię za to nie policzą ;))

Najważniejsza kwestia przy jeździe autem - zapomnijmy o tym, jak jeździ się w Polsce :) tutaj ograniczenie do 90km/h oznacza 90, a nie 95 - za 95 dostajemy wysoki mandat. Za trzymanie nóg na fotelu - mandat. Za rozmowę przez telefon Z BLUETOOTHEM - mandat. Za zbyt małą (poza terenem zabudowanym - 50m) odległość od auta przed nami - mandat. I niestety faktycznie te mandaty rozdają, szczególnie na Fuerteventurze. Na Gran Canarii za to widziałam nawet nieoznakowane policyjne auto, które ma radar dynamiczny, łapiący auta gdy sam jedzie, wyprzedza takiego delikwenta zbyt szybko jadącego, a na tylnej szybie auta wyświetla się 'zjedź na bok' - to  jest dopiero paranoja :)) moim gościom powtarzam, że jeśli nie są czegoś pewni - niech tego nie robią. Dodatkowo sytuację komplikują Kanaryjczycy, z których większość jeździ słabo, a raczej nietypowo - na rondzie pod prąd, jakieś dziwne kombinacje z migaczami, jazda bez świateł do momentu gdy jest całkowicie ciemno, parkowanie na wariata....ale za to na krętych drogach dają sobie radę idealnie ;)

Jazda rowerem jest możliwa, ale na Fuercie nie polecam ze względu na wiatr - kiedyś jechałam 'pod wiatr' i dosłownie zatrzymałam się, bo wiatr był silniejszy niż ja :)) na innych wyspach - jeździ się ciężko ze względu na dużą ilość wzniesień, a raczej trzeba być wytrenowanym. Za kilka dni na Fuercie odbędzie się bardzo fajna impreza rowerowa - FudeNas - z północy na południe wyspy na rowerze, przez dwa dni około 150km w górach, a ostatnie upały dodatkowo utrudniają sytuację ;) październik w tym roku jest wyjątkowo ciepły - dzisiaj ponad 30 stopni.

I na koniec akcent humorystyczny - jestę słoikię kanaryjskim:

wszystko z ekologicznej uprawy teściówki <3

BTW - KOWALSKA - terminu jeszcze nie znam, ale przełom stycznia/lutego albo koniec lutego byłby dla ciebie dobry? bardzo bardzo bardzo kocham :******

niedziela, 22 września 2013

Elektronika na Wyspach

Dzisiejszy post dedykowany głównie tym, którzy zajrzą tu przed wyjazdem. Po wyjeździe będzie już za późno ;)

Dosyć często Goście pytają się mnie, w którym z lokalnych sklepików kupią elektronikę. Zawsze odpowiadam pytaniem - dobrze czy tanio? Wszyscy chcieliby połączenie dwóch opcji, ale to nie do końca możliwe.

Jedyny sklep na Fuercie, w którym bez problemu można kupić elektronikę, to Electron - taka tutejsza wersja naszego Euro RTV albo Media Markt. Ba, kupno kupnem, ale serwis po zakupie produktu zasługuje na medal: w styczniu kupiliśmy ekspres do kawy teoretycznie dobrej hiszpańskiej firmy. Od stycznia ekspres popsuł się już 5 razy (ostatni raz wczoraj, stąd ten temat). Za każdym razem pakowałam go w pudełko, zawoziłam do sklepu z paragonem, miły pan podpisywał paragon, a ja wchodziłam do działu z ekspresami, wybierałam nowy i wychodziłam. Jak to się ma do walk prowadzonych ze sklepami i producentami w Polsce?;)
wczoraj zawiozłam ekspres bez pudełka, z pękniętą obudową - byłam 100% pewna, że przyjmą do naprawy/wysłania do producenta, a nie wymienią od ręki. Jakże się myliłam! Po 5 minutach wychodziłam ze sklepu z nowym sprzętem, tym razem zrezygnowałam z lokalnego patriotyzmu i wybrałam inną firmę, zobaczymy ile podziała.

Właśnie ze względu na tak prokliencką politykę, normalne międzynarodowe gwarancje i pewność, że kupowany sprzęt jest nowy, wszystkich Gości kieruję do Electrona. Problem w tym, że znajduje się on w Puerto del Rosario - o ile z Calety de Fuste jeszcze można podjechać (pół godziny autobusem miejskim), o tyle z Morro Jable (ok. 2 godzin) nie bardzo chce się ludziom ruszyć - a i tak chcą skorzystać z trochę niższych podatków (przy okazji dementuję - Wyspy Kanaryjskie nie są już strefą wolnocłową, podatki są niższe i dzięki temu jest taniej), a co za tym idzie - niższych cen elektroniki.
Zamiast wybrać się do sklepu z porządnym sprzętem, idą do małego lokalu prowadzonego przez Hindusa i po 15 minutach wychodzą z super wypasionym aparatem, który wcześniej mógł być już przez kogoś używany i który nie ma nic, co przypominałoby gwarancję. Niektórzy mają szczęście i zdążą porobić zdjęcia w trakcie urlopu, niektórym sprzęt popsuje się po godzinie od wyjścia ze sklepu (ostatni taki przypadek miałam w piątek - pan chciał porady prawnej, co ma w takiej sytuacji zrobić :))) ).

Krótko mówiąc - zakupy na Wyspach tak (szczególnie elektronika i dobra trochę bardziej luksusowe, jakieś perfumy albo markowe torebki bądź okulary), ale tylko w renomowanych sklepach. Już za dużo widziałam przypadków 'prawie oryginalnych perfum' w prawie oryginalnych cenach i sprzętu elektronicznego 'prawie nowego' i 'prawie na gwarancji', by doradzać komukolwiek coś innego niż zakupy w kilku największych, najbardziej renomowanych sieciówkach.

czwartek, 19 września 2013

I need holiday !

Tytuł posta dedykowany tym, którzy myślą, że mam tu wieczne wakacje i nic nie robię - tak, ja też potrzebuję wakacji. Oddam 3 tabliczki czekolady za tydzień bez pracy.

Permanentny stan zmęczenia. Na Teneryfie chyba za mało odpoczywałam a za dużo pracowałam. Wróciłam tydzień temu wieczorem, wpadając niespodziankowo do pracy G. - trochę się zdziwił, cały piątek biuro, w niedzielę lotnisko, pomiędzy pracą teoretycznie wolne, ale po 3 tygodniach nieobecności w domu nie dość że sprzątanie, to jeszcze nowa walka z molami spożywczymi. Mieliśmy je rok temu w innym mieszkaniu, ale walkę wygrałam. Tym razem przywędrowały od sąsiadów - już kilka razy widziałam jak wlatują przez okno. Tym razem na bitwę poświęciłam ładnych kilka godzin i póki co widziałam tylko jednego lekko pijanego mola - chyba trutka zaczęła działać.

A co w sobotę? W sobotę, zamiast wypoczywać, wybrałam się z Magdą na vueltę islę nord w cabriolecie. Tak tak, nareszcie spełniłam moje marzenie o jeździe cabrio. I jak to śpiewał Łona - po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni? Jazda cabrio jest zdecydowanie przereklamowana, przynajmniej na Fuercie i na tylnym siedzeniu.

środa, 11 września 2013

Poleciałam!

Co prawda nie w kosmos, z którego zrobiono fotkę z ostatniego posta, ale prawie, prawie...

Jakieś dwa tygodnie temu w mojej głowie zrodził się pomysł szalony - polecieć na paralotni. Niby ludzie to robią, ale może niekoniecznie tacy jak ja - z zawrotami głowy na balkonie na 6. piętrze :)
Ale ale - okazało się, że szef animacji w jednym z hoteli na Teneryfie lata, że polska animatorka poleciała i żyje (ba, powiedziała że było super). 
Niewiele myśląc umówiłam się na lot w ostatnią niedzielę. Im bliżej godziny zero, tym szybciej biło mi serducho. Bo jak to tak - X metrów nad ziemią, tylko z kawałkiem materiału nade mną? Ambicja wygrała i nie zrezygnowałam.

wtorek, 10 września 2013

Kanaryjska wyżerka - czyli bez jakich smaków już nie potrafię żyć

Lista bardzo subiektywna, bo zawarłam głównie to, co sama lubię:

Bezsprzecznie numer jeden - muslos de pollo, czyli malutkie nóżki kurczaka, trochę podgotowane, trochę podduszone, trochę podsmażone. Z dużą ilością przypraw, z czosnkiem na czele. I tutaj trzy miejsca, w których jadłam nieziemsko dobre:
- kuchnia G.,
- kuchnia teściówki,
- guachinche w Los Realejos.
Właśnie w tym ostatnim miejscu zostało zrobione to zdjęcie:

czwartek, 5 września 2013

Teneryfa - masz wiadomość

Kilka miesięcy temu organizacja promująca Wyspy Kanaryjskie wyprodukowała serię spotów 'you have a message from....' - 7 filmików dotyczących 7 wysp - każdy z nich pokazuje najpiękniejsze miejsca, najważniejsze punkty.

O Teneryfie powstało coś takiego:

sobota, 31 sierpnia 2013

Lekarzu - lecz się sam


Post trochę niespodziewany, miało być o czekoladzie i bobie, będzie o zdrowiu i chorobie.

Po raz kolejny miałam (nie)przyjemność skorzystać z usług lekarskich na Wyspach i po raz kolejny coś poszło nie tak. Ale może zacznę od początku.