poniedziałek, 24 listopada 2014

To była dłuuuuga nieobecność

No i jestem znowu. Niestety nowy typ kontraktu plus ilość pracy plus odejście jednej z koleżanek z pracy spowodowało, że nie miałam czasu na nic. Zaczęłam - teoretycznie - mieć go 20.10, razem z urlopem, ale wtedy zabrałam się za organizowanie ślubu. A po ślubie - za podróż poślubną. Wróciliśmy w poniedziałek, ale ja w międzyczasie zdecydowałam się polecieć do Polski na całe 4 dni i jestem na Fuercie dopiero od wczoraj, jeszcze bardziej zmęczona niż przed urlopem :)

to teraz zdjęcia z jednego z najważniejszych dni mojego życia - 31.10 powiedzieliśmy sobie SI :)






















czwartek, 14 sierpnia 2014

Odwiedź żółwia

W wielu egzotycznych miejscach na świecie jedną z głównych atrakcji zwierzęcych są żółwie. W końcu kto nie chciałby popływać z tym sympatycznym stworzeniem? Co prawda obecnie dosyć ciężko znaleźć je na Kanarach w naturze, ale kiedyś było inaczej. Gatunek 'caretta caretta' żył głównie na Fuerteventurze, teraz można spotkać go na Capo Verde (Wyspy Zielonego Przylądka). Żółwi było na Wyspach Kanaryjskich tak dużo, że miejscowi aborygeni zjadali zarówno same zwierzęta, jak i ich jaja.

Dlaczego gatunek wyemigrował na południe? Przed boomem turystycznym ciepłe płytkie wody plaży Sotavento służyły żółwiom jako teren składania jaj. Niestety z roku na rok pojawiało się coraz więcej ludzi, którzy zakłócali naturalny cykl rozrodczy. Budowa Melii Gorriones w 1978 roku właściwie przypieczętowała ich los.

Na szczęście kilka lat temu ktoś wpadł na pomysł odbudowy tego gatunku w okolicach Fuerteventury. Wprowadzono w życie projekt, zgodnie z którym transportuje się jaja z Capo Verde na Kanary i zostawia w specjalnie przygotowanych gniazdach na plaży Cofete. Dodatkowo w Morro Jable powstało "żółwie przedszkole", w którym odchowuje się żółwie które przypadkowo zawędrowały w okolice Fuerteventury. Przebywają one tam do momentu, w którym będą wystarczająco duże by przeżyć na wolności.
Przedszkole znajduje się w porcie na południu wyspy - łatwo je zauważyć m.in. dzięki dużym plakatom ze zdjęciami żółwi:



Na co dzień można zajrzeć do centrum pomiędzy 10 a 13, podglądając żółwich opiekunów i same zwierzaki. Kilka razy do roku odbywa się też akcja wypuszczenia ich na wolność - najbliższa okazja już wkrótce (22.08 w samo południe w Gran Tarajal). Wypuszczenie takie wygląda mniej więcej tak:

źródło: http://www.canariasconservacion.org/PROYECTO%20TORTUGA.htm

i jest przepięknym, emocjonującym i wyjątkowym doświadczeniem. Biorąc w nim udział można być świadkiem przełomowego momentu w odzyskiwaniu równowagi naturalnej wyspy. Co więcej, w tym roku zdecydowano się wypuścić żółwie w Corralejo i Gran Tarajal, czyli miejscach dostępnych autem osobowym - zwykle odbywa się to na Cofete. Z jednej strony fajnie, bo dużo osób może wziąć udział, a z drugiej niezbyt fajnie, bo te plaże nie sprzyjają rozwojowi gatunku ze względu na tłumy turystów.

tutaj można zobaczyć o jakie maleństwa chodzi

mały żółw w drodze do wody

ślady wędrówki do oceanu

i dorosły żółwior, któremu udało się uciec wszystkim niebezpieczeństwom oceanu i wybrzeża

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o projekcie, to warto zajrzeć na oficjalną stronę władz Fuerteventury (po hiszpańsku) albo do krótkiego anglojęzycznego folderu na ten temat.


sobota, 2 sierpnia 2014

Isla de Lobos - wyspa wilków

Ostatni miesiąc i dla mnie i G. był miesiącem pracy - właściwie nie mieliśmy czasu dla siebie samych ani jakichkolwiek przyjemności (no dobra, ja wykroiłam czas na moją jazdę konną, ale niewiele więcej). Na szczęście w moje dni wolne udało się nadrobić. W czwartek pojechałam z Martą, słynną byłą animatorką TUI, na wydmy Corralejo i kilkugodzinnym plotkom zawdzięczam spalone plecy. Wczoraj natomiast udało się dotrzeć na Lobos - wspólnie z G. planowaliśmy "wyprawę" już od dawna, ale jakoś nie mogliśmy się zebrać.

Na Lobos można dotrzeć albo prywatnymi jachcikami, albo wycieczkowymi katamaranami (np. FreeBird, bardzo przyjemna wycieczka swoją drogą), albo małym promem osobowym. My, ze względu na nasze plany obejścia wyspy dookoła (potrzebowaliśmy około 3 godzin) wybraliśmy prom. W dwie strony kosztuje 15 euro, można wybrać się na jeden z kursów łodzią ze szklanym dnem (dodatkowa atrakcja, chociaż przy prędkości której nabiera ciężko coś więcej zobaczyć). Warto dowiedzieć się o której wraca ostatni prom i przypadkiem się nie spóźnić, bo na Lobos nie ma hoteli, kempingów...nie ma właściwie gdzie przenocować :) a promy ruszają z przerażającą punktualnością, z powodu której nie udało się nam odwiedzić wyspy dwa tygodnie temu - przybiegliśmy na nabrzeże o minutę za późno.

Jeśli chodzi o samą Lobos, to nie żyją tam (na szczęście) prawdziwe wilki - nazwa pochodzi od "wilków morskich", a dokładniej od "mniszki śródziemnomorskiej", czyli gatunku foki, który kiedyś wybrał sobie wyspę na swoją siedzibę. Poza fokami daaawno temu pojawili się Rzymianie, którzy zdobywali na wyspie cenny barwnik purpurę. O pozyskiwaniu tego barwnika tez kiedyś napiszę, bo to dosyć ciekawa sprawa. Lobos została odkryta na nowo w XV wieku przez Jeana Betancoura, gdy podbijał Lanzarotę i Fuerteventurę.

Obecnie na Lobos istnieje jedna mała restauracja, kilka domków wakacyjnych (baraczki przechodzące z pokolenia na pokolenie, tylko dzięki historycznemu położeniu nie muszą zostać wyburzone), pomost dla łodzi, centrum informacyjne dla odwiedzających. Poza tym przyroda, natura, spokój. Na Lobos można wybrać się z namiotem tylko po wcześniejszym uzyskaniu zgody władz Fuerty, nie wolno łowić ryb w większej części wybrzeża, a poruszanie się jest dozwolone tylko rowerem bądź pieszo. Sama wyspa to w dużej części rezerwat ptaków.

My z G. wybraliśmy pieszy wariant odwiedzin i nie było to złym pomysłem, bo w sezonie letnim, przez mocne wiatry niosące piasek, ścieżki są dosyć zapiaszczone i ciężko byłoby przebić się rowerem miejskim.

Najpierw odwiedziliśmy Las Salinas, czyli wytwórnię soli:

wiatrak który służy do wyciągania wody z oceanu i transportowania jej systemem rur na "pola odsalające", na których to woda paruje i zostaje najczystsza sól:

(to zdjęcie akurat zrobiliśmy na zachodnim brzegu wyspy w pustym "naturalnym basenie skalnym", sól oczywiście zabraliśmy ze sobą do domu i do dzisiaj na niej gotujemy, ale mniej więcej podobnie wygląda to w odsalarniach)

a tak wyglądają małe pola na których sól w półmetrowych stosikach dosusza się całkowicie dzięki afrykańskiemu słońcu

Następnie udaliśmy się powolnym (naprawdę bardzo powolnym) spacerkiem w stronę La Caldery, czyli najwyższego punktu wyspy - połowy wygasłego wulkanu. Mam lęk wysokości (bardzo mocny na dodatek), ale udało mi się wdrapać na sam szczyt i wiem jedno - było warto zrobić to dla takich widoków:

ta duża jasna plama w tle to Wydmy Corralejo, moja ukochana fuerteventuriańska plaża

a tutaj północna strona La Caldery, dzięki idealnie kształtnej zatoczce widać że jest to wzniesienie pochodzenia wulkanicznego

A tutaj zdjęcia z drogi na szczyt, jak już odważyłam się spojrzeć gdziekolwiek poza podłożem tuż pod moimi stopami:



Na szczyt doszliśmy w kilkanaście minut i zrobiliśmy tam przerwę na odpoczynek i podziwianie przyrody w postaci zająca i jaszczurek:


wiem, świnia ze mnie że ich podglądałam


Następnie jakoś zeszliśmy z La Caldery (wcale nie było to łatwe, sprawę komplikował bardzo mocny wiatr) i udaliśmy się na północny kraniec wyspy, na którym znajduje się latarnia morska. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieszkał w niej latarnik (i był jedynym mieszkańcem wyspy), teraz jest w pełni zautomatyzowana, tym samym dużo mniej romantyczna.

Jako że spacerowaliśmy już jakieś dwie godziny a temperatura systematycznie wzrastała, postanowiliśmy powoli wracać do portu, tym razem wschodnim brzegiem i z przerwą na kąpiel w El Puertito, najpiękniejszej plaży na Lobos. Po drodze za każdym zakrętem mieliśmy okazję oglądać inne krajobrazy, niesamowite uczucie - w ciągu pół godziny przejść przez pustynię, krzaki, skały wulkaniczne, małą plażę, urocze zatoczki...taki malutki kontynent w miniaturze :)

W końcu po marszu który sprawił, że prawie poczułam się jakbym dostała udaru słonecznego, doszliśmy do El Puertito. Już dawno zwykła kąpiel w oceanie nie sprawiła mi tyle radości jak schłodzenie się w jednej z wulkanicznych zatoczek.



Dzień zakończyliśmy powrotem na Fuerteventurę, przy okazji podziwiając głupotę niektórych rodziców. Nasz prom miał rufę z metalową barierką, ale nie było jej pomiędzy "budką" łodzi a rufą, tzn. z boku było około 1 metra bez żadnego zabezpieczenia. Nabrzeże przy Lobos jest dosyć spokojne, ale już po kilku minutach zaczęło bujać na wszystkie strony, a na rufie stała, zadowolona z siebie, hiszpańska rodzinka. Dopiero rozkaz kapitana sprawił, że wrócili do środka. Szkoda, że niektórzy rodzice naprawdę nie mają wyobraźni...

ahoj kanaryjska przygodo! :)

piątek, 18 lipca 2014

Klaps (filmowy)

Jeszcze kilka lat temu wielką sensacją było pojawienie się na Fuercie ekipy filmowej kręcącej Dyktatora. Byli tutaj raptem jakieś 3 tygodnie, nakręcili kilka scen i pojechali.



Teraz stali mieszkańcy właściwie już nie zwracają uwagi na kręcące się w różnych miejscowościach ekipy filmowe. W ciągu ostatnich 8 miesięcy byli u nas:

- Christian Bale i Ridley Scott kręcący Exodus:



- Blanca Suarez i Hugo Silva z nowym serialem Telecinco ("Los nuestros"),

- ponownie Telecinco i ich idiotyczny reality show.

To ci z którymi zetknęłam się osobiście, a o reszcie póki co nic jeszcze nie wiem, ale to nie oznacza że nie dzieje się na innych wyspach. Teneryfa jakiś czas temu była planem dla 2fast 2furious, Gran Canaria zaraz obróci się w miejsce pracy mojego ukochanego Mario Casas, a przed chwilą były tam Demi Moor i Shirley MacLaine pracujące nad "Wild Oats".

Wyspy Kanaryjskie mają w sobie magię, którą zauważają nie tylko turyści, ale i filmowcy. To jeden z niewielu obszarów w Europie (a może i na świecie), gdzie w zasięgu godzinnego lotu można znaleźć całkowicie inne krajobrazy, infrastruktura hotelowa dla ekip jest na dobrym poziomie, a jednocześnie znani aktorzy mogą w pewien sposób zachować anonimowość - tutaj każdy żyje swoim życiem.

Tak naprawdę to już druga fala kanaryjskiej przygody z filmem - pierwsza miała miejsce pomiędzy latami 50. i 70., gdy dzikie wulkaniczne krajobrazy pojawiły się m.in. w:
- Moby Dick z 1956,
- Wonderful Life 1964,
- Gdy dinozaury władały światem,
- Viaje al centro de la Tierra,
- Milion lat przed naszą erą.

Jak widać, część filmów mocno SF - kosmiczny krajobraz Lanzarote, parku narodowego Teide albo Fuerteventury robią swoje.

Oczywiście na youtube można też natknąć się na filmy amatorskie mające ukazać piękno (bądź jego brak, zależy co kto lubi) tego regionu. Bardzo lubię promocyjne filmy produkowane na zlecenie Biura Turystycznego Wysp Kanaryjskich bądź Television Canarias (lokalnej telewizji). Tak naprawdę większość tego co zobaczę i w czym będzie jakiś fragmencik mojej nowej ojczyzny napawa mnie dumą i radością, że mieszkam właśnie tu ;)


p.s. co do ciszy na blogu - pełnia sezonu wyciąga ze mnie wszystkie siły.

czwartek, 3 lipca 2014

Sprostowanie, czyli nie taki Polak straszny

Nie ma ludzi nieomylnych. Ledwo co tydzień temu napisałam notkę jacy to straszni są polscy turyści na wakacjach (mała część, ale za to 10 razy gorsi niż reszta), a ostatnie 5 dni pokazało mi, że może być jeszcze gorzej. Niestety ostatni tydzień obfitował z traumatyczne wydarzenia ;)

Jak tylko pojawiłam się w pracy w sobotę to kumpela z porannej zmiany poinformowała mnie, że mamy klienta Hindusa który na wszystkich krzyczy. Myślałam że przesadza, ale już po 30 minutach przekonałam się o tym że nie. Facet podniósł mi ciśnienie na tyle, że nie uspokoiłam się przez ładnych kilka godzin. Co więcej, wrócił gdy robiłam check in innym klientom i zaczął mnie obrażać. To było już za dużo dla mnie i w efekcie zachowałam się BARDZO nieprofesjonalnie - przerwałam pracę i wybiegłam z recepcji płacząc :D wróciłam po kilku minutach i klienci zrozumieli, a ten baran dalej stał i wrzeszczał.

Aż do wczoraj myśleliśmy że już się uspokoił, ale byliśmy w błędzie. W ciągu kilku godzin musieliśmy wezwać policję dwa razy, bo był na tyle agresywny. Cały czas powtarzał że jest "obywatelem brytyjskim od 41 lat i wszyscy go tu dyskryminują". Na dodatek po jego wyjeździe podeszło kilka kobiet mówiąc, że ten człowiek przez cały tydzień je nachodził. Szkoda, że nie zgłosiły tego wcześniej, bo moglibyśmy usunąć go z hotelu.

Na dodatek przez cały tydzień większość Polaków była bardzo miła, szczególnie takie dwie kobitki które przyjechały z adnotacją VIP (zwykle tacy goście mają wymagania nieadekwatne do hotelu) a nie narzekały zupełnie na nic, wprost przeciwnie. Wręcz zatęskniłam za krajem :))


Tak że tego...coś mówiłam że Anglicy tacy fajni?:)

środa, 25 czerwca 2014

Abstrachuje na Fuerteventurze, albo cała prawda o wakacjach all inclusive

Za sprawą jednej z facebookowych grup na temat mojej poprzedniej pracy natknęłam się dzisiaj na poniższy filmik.



Po pierwsze wrzucam bo kręcony na Fuercie. Zgadzam się z chłopakami co do wiatru :))

Po drugie - pokazuje jak NIE zachowywać się na wakacjach. Naprawdę, ostatnio coraz mocniej zauważam kontrast pomiędzy tym, jak część polskich gości traktuje pracowników hotelu a jak robią to Anglicy, Niemcy, Hiszpanie. Tak ciężko nam powiedzieć "hello" albo "hola" wchodząc do restauracji albo podchodząc do recepcji? Boli mnie to, że znajomi z pracy myślą że pochodzę z kraju, w którym nikt się nie uśmiecha, wszyscy na wszystkich wrzeszczą a słowo "dziękuję" nie istnieje. Rozumiem że realia życia w Polsce nie są tak przyjemne jak w krajach zachodnich, chociażby przez zarobki, ale czy naprawdę tak ciężko pokazać chociaż trochę kultury w kontakcie z innymi ludźmi? Wypytywanie mnie o to co robię na Fuercie, jak tu trafiłam i czy mam męża i dzieci w trakcie pierwszych trzech minut rozmowy też nie należy do szczytu dobrego wychowania.

Nie wiem czy o tym pisałam, ale w trakcie zimowego urlopu w Polsce, kilka dni po przylocie do kraju, poszłam z mamą do Lidla na wielkie zakupy. Stanęłyśmy w kolejce i zaczęłyśmy wypakowywać rzeczy z koszyka, a za nami ustawił się starszy dziadek z dosłownie kilkoma przedmiotami. Musiałyśmy dosyć długo przekonywać go, żeby stanął przed nami, bo taka bezinteresowność nie mieściła mu się w głowie.

Czy naprawdę kelner/recepcjonista/sprzątaczka uchodzi za gorszy zawód niż bibliotekarka albo bankowiec? Nie mówię o stanowiskach menadżerskich, bo tu chociażby różnica w zarobkach świadczy o różnicy pomiędzy zawodami, ale o wykształceniu. W Hiszpanii mało kto skończył uniwersytet - u mnie w recepcji jestem jedyną "z papierkiem", a jeszcze teraz hotel wysłał mnie na kursy doszkalające. Mówię w 4 językach, mam dobry kontakt z klientami, kilka lat doświadczenia w Customer Service, w tym w renomowanej brytyjskiej firmie. Nie czuję się gorsza od ludzi, którzy odwiedzają mój hotel, bo wiem co reprezentuję i znam swoją wartość. Dlaczego w takim razie tylu Polaków swoim nieprzyjemnym żądaniowo-roszczeniowym podejściem do mnie i innych pracowników sektora usług stara się sprawić, że poczujemy się gorsi?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Historia kanaryjskiego rozczarowania

Najpierw było hiszpańskie rozczarowanie, tzn. bardzo szybkie pożegnanie się reprezentacji Hiszpanii - wcześniejszych trzykrotnych mistrzów (Europy, świata, Europy), później - jeszcze większe kanaryjskie rozczarowanie.

Union Deportiva Las Palmas to drużyna, która już od kilkunastu sezonów gra w drugiej lidze, bezskutecznie próbując awansować do pierwszej, by mierzyć się m.in. z Realem Madryt albo Barcą. W zeszłym roku byli blisko ale nawalili. W tym- bardzo blisko bezpośredniego awansu i nawalili, zwolniono trenera, dalej utrzymywali się w grze o play-off. Udało im się dotrwać do play-off, dotarli do finału. W zeszły czwartek grali w Cordobie, mecz zakończył się wynikiem 0:0. Wczoraj finałowa gra, już 50. tego sezonu, w Las Palmas - oznacza to tyle, że jeśli Cordoba strzeli gola, to liczy się on podwójnie - tzn. hipotetyczne 1:1 to wygrana Cordoby.

Wszystko szło nieźle, stadion pełen kibiców (kibiców, teoretycznie nie kiboli), Las Palmas prowadziło 1:0. Przepiękny widok ponad 30 tysięcy ludzi w kolorach klubu, wysoki poziom gry (chyba najlepszy mecz od początku tegorocznej ligi), brakowało tak niewiele. Niestety banda debili doszła do wniosku, że 90. minuta (przy 3 minutach doliczonych) to właściwy czas na wskoczenie na murawę w celu świętowania. Wskoczyło ich tylu, że gra została przerwana 90 sekund przed końcem. Z trybuny VIPowskiej zszedł nawet właściciel klubu by ich uspokoić i wynegocjować z arbitrem nieprzerywanie gry. Niestety minęło prawie 10 minut, zawodnicy utracili koncentrację, zamiast skupić się na grze patrzyli się na trybuny i stało się - kilka sekund przed końcem Cordoba zdobyła gola. Niedowierzanie na twarzach kibiców, rozpacz piłkarzy (bodajże 12 lat bez pierwszej ligi a dzieliło ich tylko 90 sekund od awansu!!), złość tzw. "ultrasów", którzy z polskimi ultrasami nie mają nic wspólnego, bo ich doping jest pozytywny i polega na rozruszaniu kibiców, a nie walce z kimkolwiek.

Ostatnie 12 minut ze stadionu wyglądało tak:




Od 10. minuty można zobaczyć reakcje ludzi na gol Cordoby i usłyszeć "como? gol de Cordoba? No puede ser, no puede ser" czyli "jak to? gol Coroby? nie może być" prowadzącego.

Z jednej strony idioci którzy wskakiwali na murawę, z drugiej - niewystarczające działania firmy ochroniarskiej i policji, których dalej nie rozumiem. Co więcej, zamiast zaaresztować bądź chociaż wlepić mandaty winnym, po wszystkim otwarto bramy i mogli spokojnie wyjść.

A tak wyglądały wydarzenia już po zakończeniu meczu:




Na jednym z hiszpańskich blogów poświęconych piłce nożnej ktoś napisał, że banda niewychowanych gówniarzy zaprzepaściła marzenia wiernych fanów, piłkarzy, dwóch trenerów, tych którzy podążali za drużyną na każdy ich mecz, wszystkich którzy byli obecni w trakcie tego play-offowego finału. Dla niektórych był to ostatni taki mecz UD Las Palmas - część Kanaryjczyków nie dożyje kolejnej możliwości awansu, bo taka nie przydarzy się za szybko - klub na duże długi i młodych zawodników musi sprzedać, a starsi sami odejdą, bo kilku z nich ma już 40 lat.


źródło: http://www.gradacurva.com/2014/06/desde-la-curva-sabotaje-la-ilusion.html

Co więcej mogę napisać? Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w przyszłym roku "kibice" będą bardziej ogarnięci i nie zabiją prawie-spełnionych marzeń tylu osób.