piątek, 9 stycznia 2015

Inna strona Fuerteventury

Jeśli ktoś odwiedzi Fuerteventurę w lecie, to będzie ona dla niego tylko i wyłącznie pustynią. Ba, do niedawna ja też nie wierzyłam, że coś może tu rosnąć...chociaż doskonale wiem, że 400 lat temu Fuerta była spichlerzem Wysp Kanaryjskich

W listopadzie padało bardzo mocno i prawie bez przerwy przez 10 dni. Wszystko było zalane wodą, gawie (czyli pola uprawne z wysokimi wałami ziemi zamiast murków) wyglądały jak gigantyczne kałuże, turyści skrajnie niezadowoleni (to akurat rozumiem, bo tu nie ma co robić gdy pada) czepiali się każdego drobiazgu.

G. mówił mi wtedy, że po kilku tygodniach zobaczę, jak zielona będzie Fuerteventura, a ja myślałam "zielona? jakim cudem, skoro nic tu nie rośnie? woda wsiąknie w ziemię i tyle". Jak bardzo się myliłam. Aktualnie centrum wyspy jest tak zielone, jak zwykle na Gran Canarii, a pojedyncze zielone plamy można zauważyć nawet przy głównych drogach. Fuerteventura naprawdę potrzebuje więcej wody - dzięki niej jest przepięknie.










wszystkie zdjęcia ukradzione z grupy na facebooku
Fuerteventura - photos - fotos 
https://www.facebook.com/groups/292590637439274/




czwartek, 1 stycznia 2015

Poślubna Kostaryka cz. 2

Kolejny dzień podróży i kolejna pobudka przed 7, przepakowywanie rzeczy, śniadanie bez pośpiechu i w drogę. Tym razem celem był Park Narodowy Wulkanu Poas. Ja chciałam dotrzeć tam jak najwcześniej, bo podobno tylko rano można uniknąć chmur, ale rozleniwiliśmy się przy śniadaniu i w efekcie byliśmy na miejscu około 11. Niespodzianka - chmur nie było :) udało się nam zobaczyć wulkan, który niecały miesiąc wcześniej wykazywał dużą aktywność (konkretniej - doszło do erupcji wysokości kilkuset metrów). Zapach siarki, przepiękne widoki, świeżo poślubiony mąż przy boku - mimo dużej ilości turystów był to jeden z niezapomnianych momentów naszej podróży.

Przy punkcie widokowym znajduje się tablica ostrzegająca osoby z astmą, problemami kardiologicznymi itd, by nie przebywały za długo w tym miejscu - faktycznie po kwadransie zaczyna się kręcić w głowie. Dodatkowo, ze względu na niedawną erupcję, całymi dniami stoi tam kilku policjantów i pilnuje sytuacji - gdyby wulkan zaczął być bardziej aktywny, doszłoby do ewakuacji.






Po zrobieniu stu tysięcy zdjęć i obowiązkowych selfie poszliśmy w kierunku pobliskiej laguny, w której niestety nie można było się kąpać. Mimo oddalenia od krateru Poas tam też było czuć delikatny zapach siarki.


wspominałam już, że w Kostaryce rośliny są trochę większe niż w Europie?


Większość turystów udawała się w drogę powrotną tą samą trasą, którą przyszli, my jednak wybraliśmy osamotnioną ścieżkę. Przez ponad pół godziny mieliśmy wrażenie podróży do przeszłości, równie dobrze moglibyśmy być w tym miejscu w XIX wieku i pewnie wyglądałoby podobnie :)

Po parku narodowym udaliśmy się w drogę do miejscowości La Fortuna. Teoretycznie dosyć blisko jeśli chodzi o odległość w kilometrach, ale w Kostaryce nic nie jest takie proste - liczne zakręty i bardzo gęsta mgła sprawiła, że do celu dotarliśmy chwilę przed zmrokiem.

W trasie udało nam się kupić gigantyczne lokalne truskawki (co 100 metrów plakat "nasze truskawki z mlekiem skondensowanym/śmietaną/karmelem, odszypułkowane i umyte, najlepsze w całym kraju" - oczywiście reklamuje się tak każdy sklepik), dać się oszukać na stacji benzynowej, zobaczyć jeden z wodospadów ogrodów La Paz (jak dla mnie prawie 40$ to trochę za dużo za wstęp do prywatnego parku), w kilku wioskach czekać aż stado krów raczy przejść przez ulicę - PURA VIDA.





W La Fortunie plan na pierwszy wieczór był prosty - kąpiel w gorących źródłach. Ceny tych zorganizowanych powalają na kolana, ale dzięki blogowi pewnej Hiszpanki znaleźliśmy rozwiązanie - tuż obok hotelu Tabacoon można wykąpać się na dziko. Na początku trochę się bałam - ciemno, auto pozostawione lokalsom, w rzece może znajdować się sto tysięcy dziwnych żyjątek - ale po kilku minutach udało mi się zrelaksować, zobaczyć przepiękną jaszczurkę "bazyliszka" obserwującą nas jeszcze uważniej niż my ją, prawie zgubić górę od bikini ;) Szczerze? najlepszy moment całej podróży poślubnej. Noc, gorące źródła, dookoła zapalone świeczki - chyba nigdy nie przeżyłam czegoś równie romantycznego. Po jakiejś godzinie byliśmy bardziej pomarszczeni niż chińscy staruszkowie i wróciliśmy do hotelu, szykując się do spędzenia kolejnego dnia na trekkingu do Cerro Chato.

Niestety, w listopadzie w Kostaryce plany dostosowuje się do pogody. Wstaliśmy rano tylko po to, żeby zamiast wulkanu zobaczyć gigantyczną ulewę. Wejście na Cerro Chato jest podobno dosyć wymagające, w przypadku deszczu - niemożliwe. Nadszedł czas na szybką weryfikację planów i dzięki pomocy recepcjonistki zdecydowaliśmy się na dzień relaksu w hotelu The Springs - typowym resorcie dla bogatych amerykańskich turystów. Za 99$ od osoby dostaliśmy wejściówkę do gorących źródeł (dwa dni pod rząd), lunch i dwie aktywności - wybraliśmy jazdę konną i spływ dmuchanymi oponami po rzece. Od maja uczę się jeździć konno i dlatego chciałam spróbować wycieczki w siodle - okazało się, że nie ma to nic wspólnego z angielskim stylem jazdy. Gdybym mogła, to jeździłabym tylko tak - bez uzdy, na luzie, w siodle które jest tak wygodne jak fotel. Wycieczka zdecydowanie warta tego co zapłaciliśmy, tym bardziej że poza nami była tylko parka Amerykanów z Florydy  (co za zaskoczenie, 90% turystów w La Fortuna to Amerykanie z tego stanu) i przewodnik dał nam trochę wolności.

lunchownia hotelowa nad samym brzegiem rzeki

zaobrączkowani




Ze spływu oponami nie mamy zdjęć, ale za to krótki filmik. Niestety mimo pory deszczowej rzeka była mało rwąca, tym samym nie zaparło nam tchu w piersiach :) przy okazji można zobaczyć sam hotel The Springs (uwaga, tylko dla burżujów).




Dzień zakończyliśmy dwoma godzinami w termach - moje kości potrzebowały wygrzania się po dwóch deszczowych dniach na wybrzeżu karaibskim. Chociaż, gdyby nie ten pakiet za 99$, to raczej nie zdecydowalibyśmy się na termy w hotelu - rzeka pod Tabacoonem miała dużo więcej uroku i było to coś magicznego.

w tym basenie woda miała 43 stopnie, ciut za dużo nawet dla mnie

Po dniu bez prowadzenia auta (juhuu, nareszcie!) zasnęliśmy szybciej niż można było się spodziewać, a rano obudziliśmy się, by zobaczyć wulkan Arenal w całej okazałości.


nasza chatka za 60e za dobę (ze śniadaniem, WiFi, ciepłą wodą 
i cudownymi fotelami na biegunach)

Po tak miłym poranku miało czekać nas półtorej godziny w aucie, trekking do Rio Celeste i powrót wczesnym popołudniem, tak by odwiedzić jeszcze wodospad La Fortuna. Jak można się spodziewać, tym razem Kostaryka ponownie zrobiła nam niespodziankę w postaci stanu drogi. Google Maps pokazało nam, że najlepiej wybrać drogę numer 142, skręcić do 143 i po "1h 42 minutach" będziemy u celu. Nic bardziej mylnego... Według wszelkiej logiki - skoro droga 142 to normalna droga asfaltowa (może trochę kręta, ale nic nadzwyczajnego), to 143 też powinna taka być. Na skrzyżowaniu ich obu spotkała nas jednak niespodzianka na tyle duża, że musieliśmy zapytać przechodzącego obok Tico czy to na pewno ta trasa. 143 wygląda tak:

jeden z tych momentów, gdy byliśmy BARDZO zadowoleni 
z wynajęcia terenówki

Przez chwilę myśleliśmy o tym, żeby zawrócić albo poszukać innej trasy, ale na szczęście zdecydowaliśmy się kontynuować. Przez godzinę spotkaliśmy na drodze trzy osoby, a widoki były iście idylliczne, niczym słynna tapeta z Windowsa XP.


Tuż przed Parkiem Narodowym Wulkanu Tenorio, w którym znajduje się Rio Celeste, widzieliśmy coś, o czym opowiadali nam wcześniej przewodnicy - zwierzęta porażone prądem z kabli na słupach elektrycznych. Biedne małpy/leniwce (w naszym przypadku leniwiec) nie wiedzą, że słup to nie drzewo, wspinają się tak jak to mają w zwyczaju i kończą niezbyt dobrze.

Do samej rzeki prowadzą dwie trasy, ale jedna z nich pozostaje zamknięta od pewnego czasu - podobno była zbyt niebezpieczna dla turystów, ponadto przechodziła przez teren prywatny. Co ciekawe, nie zapłaciliśmy za wejście do parku, które normalnie kosztuje 10$ - dalej nie wiem, dlaczego się nam poszczęściło.


te bąbelki widoczne na powierzchni wody to wydostająca się
spod ziemi siarka

całkiem przyjemny mostek

wspomniane tenidero - jak widać, przepiękny błękit powstaje
z połączenia dwóch rzek o "normalnym" kolorze, a biały pasek
tuż przed błękitem to odkładające się minerały

Rio Celeste to jedno z miejsc w Kostaryce, które cały czas zachowuje swój w miarę dziewiczy charakter - nie odwiedza go zbyt wiele osób, bo dojazd nie jest najprostszy, a ścieżki nie są utwardzone. Na wielu stronach internetowych można znaleźć informację, że pełna trasa od wejścia do tzw. tenidero (do przetłumaczenia jako "miejsce barwienia") i powrót zajmuje około 4-5 godzin. Chyba musiałabym się czołgać na wstecznym :) ani ja, ani G. nie mamy dobrej kondycji, a uwinęliśmy się w 2 godziny bez żadnego problemu i bez łapania zadyszki (poza piekielnymi schodami prowadzącymi do wodospadu). Chociaż, nawet gdybyśmy mieli tam spędzić dwa razy więcej czasu, to też byłoby warto.

Do hotelu wróciliśmy tuż przed zachodem słońca, niezbyt przyjemne wiadomości z pracy G. sprawiły, że nie byliśmy w nastroju na wykorzystanie drugiej wejściówki do SPA. 
Kolejnego dnia z samego rana udało się nam dotrzeć do wodospadu La Fortuna - jednego z niewielu, gdzie można się kąpać. Co nie znaczy że każdy powinien - dzień wcześniej jakiś inteligent wlazł zbyt blisko wodospadu (70 metrów wysokości, wyobraźcie sobie siłę strumienia wody) i prawie się zabił.



Wejście do wodospadu znajduje się tuż obok wejścia do Cerro Chato ale niestety, czas nam nie pozwolił - musieliśmy udać się w drogę do kolejnego punktu podróży. W linii prostej z La Fortuna do Monteverde jest bardzo blisko, ale droga prowadzi wokół sporego jeziora, by później przejść w drogę krętą, nieutwardzoną i dziurawą. Wszystko to sprawia, że pokonanie tego odcinka autem zajmuje około 3 godzin.

przepiękne jezioro Arenal, widoki jak w Szwajcarii :)


W internecie czytaliśmy wiele informacji o stanie drogi prowadzącej do Monteverde. Ba, informacje te wystraszyły nas na tyle, że myśleliśmy o zrezygnowaniu. Okazało się jednak, że jest ona o wiele lepsza niż np. ta, którą dojechaliśmy do La Pavony. Pewnie, osobówką nie powinno się tam wybierać, ale jakiekolwiek 4x4 i doświadczony kierowca załatwiają sprawę.

W Monteverde zaskoczyła nas niska temperatura, a i tak mieliśmy szczęście - kilka dni wcześniej w nocy termometry pokazywały niecałe 10 stopni. Brr, nieogrzewany pokój w hoteliku i brak ciepłej kurtki w taką pogodę to nic przyjemnego.

Tuż po przybyciu do Manakin Lodge zarezerwowaliśmy nocny spacer po lesie, którego główną atrakcją miała być m.in. tarantula - sama przyjemność dla kogoś z tak silną arachnofobią jak ja. Dość powiedzieć, że wszystkie kobiety w naszej grupie były przerażone, a mężczyźni zachwyceni. Chyba jedyna z atrakcji które spokojnie mogłam sobie odpuścić ale...czego nie robi się dla miłości.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy canopy tour, czyli tyrolkę - ale nie jedną, a kilkanaście. Ale to już do opisania następnym razem.







czwartek, 18 grudnia 2014

Poślubna Kostaryka cz.1

Z całego ślubu najdłużej planowaliśmy podróż poślubną - zarówno ja, jak i G. uwielbiamy podróżować, ale rodzaj pracy i miejsce zamieszkania skutecznie to uniemożliwiają - samo wydostanie się z Wysp Kanaryjskich na kontynent to jeden dzień, poza tym te ceny...a później patrzę na fly4free na oferty lotów z Polski do bardzo egzotycznych miejsc i mam ochotę rwać włosy z głowy. Ale coś za coś, ja już wybrałam gdzie spędzę życie i póki co plan się nie zmieni, nawet kosztem niepodróżowania (ale ale, właśnie wyczytałam, że Norwegian chce latać z Las Palmas do Ameryki Południowej...chyba się popłaczę ze szczęścia ;) ).

Na początku braliśmy pod uwagę Meksyk, Kubę, Malediwy - takie "typowo" poślubne kierunki. Później jednak przypomniało mi się, że G. zawsze chciał odwiedzić Kostarykę. Sprawdziłam atrakcje tego małego ale różnorodnego kraju, ceny lotów, hoteli i doszłam do wniosku, że może być. Nie do końca przekonana, później zła na siebie za nieczekanie z kupnem biletów (Iberią, prawie bezpośrednio, wyszłoby raptem 100e drożej niż Iberią+Air Francem w 30 godzin), zdenerwowana czy na pewno wpuszczą mnie tranzytowo do USA....na koniec w ogóle chciałam zrezygnować z podróży i wysłać G. samego :) ale to moje Reisefieber się odezwało.

Długaśny lot zaczęliśmy od lotniska w Las Palmas o 18.20 w poniedziałek 3 listopada. Lotnisko na którym pojawiamy się średnio raz na miesiąc, więc co tu opisywać...może tylko nieogarnięcie mojego (już) męża, który był 100% pewien że nie musi mieć certyfikatu zameldowania żeby lecieć Iberią ze zniżką, a pani przy check-in poprosiła o ten świstek...godzina 17, urzędy zamknięte, jeśli nie będzie świstka - nie polecimy albo trzeba będzie kupić nowy bilet za bagatela 450 euro...na szczęście mój telefon poradził sobie ze stroną naszego urzędu miasta i udało się wygenerować dokument elektroniczny, gdyby nie to - podróż poślubna skończyłaby się jeszcze przed rozpoczęciem.

W Madrycie wylądowaliśmy jakoś po 22, odebraliśmy bagaże i grzecznie czekaliśmy na bezpłatny transfer do BARDZO budżetowego hotelu, w którym spędziliśmy kilka zimnych nocnych godzin i już o 5 byliśmy z powrotem na lotnisku. Tym razem nie było mowy o miłej obsłudze, bo dostaliśmy się w szpony harpii z Air France ;) lot z Madrytu do Paryża bez problemów, w Paryżu kilka godzin oczekiwania na lot do Atlanty, bardzo szczegółowa kontrola przed wejściem do samolotu. Sam lot do Atlanty nie tak zły jak się obawiałam, na szczęście umiem zasnąć w samolocie, a poza tym oferta filmów na pokładzie była dosyć bogata (chociaż oglądanie "Sex Tape" z ludźmi siedzącymi tuż obok nie było zbyt rozsądne, dziwnie się patrzyli). W Atlancie za to prawie udało nam się przegapić przesiadkę do San Jose, mimo że mieliśmy na nią ponad 3 godziny. Usiedliśmy gate dalej (przy naszym nie było miejsc siedzących), a okazało się że na ten konkretny lot robią tylko wezwania imienne tuż przed odlotem i właśnie takie wezwanie nas spotkało. Wzrok pasażerów siedzących w samolocie i czekających tylko na nas....bezcenne ;)

zawsze chciałam mieć zdjęcie na takiej taśmie :)


W San Jose wylądowaliśmy we wtorek około 21.30 czasu lokalnego (3 rano w środę czasu kanaryjskiego) dosyć mocno sponiewierani. Odebraliśmy bagaże, wymieniliśmy część euro i wyszliśmy z lotniska szukając przedstawiciela naszej wypożyczalni.

Autem, które wybraliśmy na 12 dni w Kostaryce, był Hyundai Tucson, rezerwowaliśmy przez Economy Car Rentals (mimo wszystkich złych opinii zamieszczonych w necie) a firma, która zgodziła się na zaproponowaną cenę (457$, dodatkowo 1500$ kaucji blokowanej na karcie kredytowej) to Adobe Rent a Car. Dodatkowo wykupiliśmy za niecałe 70 euro roczne ubezpieczenie na wszelkie wynajmowane przez nas auta, obejmujące chociażby pęknięte szyby, opony itd. Przezorny zawsze ubezpieczony, G. mówił że niepotrzebnie wydałam 7 dyszek ale....później zmienił zdanie.

Auto które dostaliśmy miało niecałe 40 000 km na liczniku, prawie pachniało nowością, było bardzo przestronne i wygodne w prowadzeniu. Zdecydowaliśmy się nie brać GPSa i dlatego przez godzinę błądziliśmy w drodze do pierwszego hotelu - Aloft San Jose. Aloft to hotel należący do sieci Starwood (do tej samej co Sheraton), zatrzymaliśmy się tam płacąc raptem 3000 punktów SPG za noc, podczas gdy najtańsza noc w jakimkolwiek Sheratonie to na ogół minimum 7000 punktów.

widok z okna pokoju na bogate przedmieścia San Jose

podłoga w windzie :)

Hotel przyjemny, darmowy parking, śniadanie w cenie (jedno z dwóch najlepszych w trakcie pobytu :) ), blisko lotniska (serio, a krążyliśmy godzinę, dramat...), internet w pokoju...po ponad 30 godzinach podróży w końcu położyliśmy się w wielgachnym starwoodowym łóżku (tzw. sweetsleeper bed - w pełni zasłużona nazwa) i spaliśmy do....7 rano :D niestety zmiana czasu robi swoje, godzina 7 w Kostaryce to 13 na Wyspach Kanaryjskich i nie mieliśmy już siły spać dłużej. Przepakowaliśmy bagaże, tak by wziąć ze sobą tylko minimum na wybrzeże karaibskie i resztę zostawić w hotelu, na spokojnie zjedliśmy (a raczej opchnęliśmy się do granic wytrzymałości) śniadanie, pojeździliśmy windą z zabawną podłogą ;) i równo o 10 stanęliśmy pod najbliższym biurem sieci komórkowej - Kolbi. Postanowiliśmy, że kwota za GPS zaproponowana przez wypożyczalnię to lekka przesada, więc kupiliśmy za 1000 kolonów (niecałe 2 euro) kartę SIM i używaliśmy jej w moim smartfonie przez cały pobyt, mając zasięg (tym samym dostęp do GPS) praktycznie wszędzie. Niestety karta została aktywowana dopiero po kilku godzinach, w związku z czym znów krążyliśmy po San Jose szukając wyjazdu na drogę w stronę Limon - miejscowości na wschodzie kraju. W końcu się udało i po 12 znaleźliśmy się na krajowej "32", dumnie zwanej "Guapiles Highway". Sorry, ale obok hajłeja to ona nawet nie stała :) podobno droga z przepięknymi widokami, my odwiedziliśmy Kostarykę pod koniec zimy, padało, było wilgotno, a mgła skutecznie uniemożliwiała zobaczenie czegoś poza ciężarówkami przed i za nami.

zamiast widoków zapierających dech w piersiach, były widoki niczym z "Mgły" Kinga

a przed chmury w prawym górnym rogu zdjęcia przejeżdżaliśmy chwilę wcześniej

Niestety w ferworze organizacji ślubu nie sprawdziliśmy, czy czasem wybrana przez nas trasa nie pokrywa się z trasą ciężarówek ze wschodniego na zachodnie wybrzeże kraju, w związku z czym 180km z San Jose do Limon spędziliśmy jadąc maksymalnie 50 km/h, otoczeni wielkimi autami z niesprawnymi sprzęgłami ;) Na dodatek jakieś 50km przed Limon spotkały nas dwie niespodzianki:

- korek, a raczej Całkowicie Zablokowana Droga. Dopiero dzwoniąc do wypożyczalni w celu zgłoszenia drugiej niespodzianki dowiedzieliśmy się, że kontrolerzy portu w Limon ogłosili strajk i zablokowali drogę. Dzięki temu trasa San Jose-Limon zajęłam nam bagatela 6 godzin, a już o 17 zrobiło się ciemno. Aha, i padało - bardzo padało,
- zniszczona przednia szyba. Na szczęście nie całkowicie, trafiło się nam kilkucentymetrowe pęknięcie spowodowane kamieniem wystrzelonym spod kół ciężarówki przed nami. Drogi w Kostaryce nie są pierwszej jakości, często trzeba decydować w które dziury wjechać a nie jak je ominąć, bo po prostu nie ma możliwości omijania, jest ich za dużo. Na jednym z takich odcinków ciężarówka przed nami zrobiła nam niespodziankę, która następnego dnia kosztowała nas bagatela 150$. Tutaj przydało się wykupione przeze mnie ubezpieczenie dodatkowe, uff.


wszechobecne ciężarówki


Warto dodać, że wszelkie znane nam zasady poruszania się po drogach można zostawić w domu - dla Ticos (mieszkańców Kostaryki) podwójna ciągła to bzdura, limity prędkości i tak na ogół nie do przekroczenia przez stan dróg, w nocy nie ma po co zapalać świateł, a rowerzysta wiozący dwie inne osoby o 22 bez chociażby odblasków to norma. Witajmy w drogowej dżungli :)  a, pasy nie są obowiązkowe, a jedynie zalecane. Gdybyście byli zainteresowani realiami ruchu drogowego w tym przepięknym kraju, polecam zajrzenie do tego dokumentu.

podwójna ciągła? i co z tego?

a tu przykładowe wideo z drogi:




Jeśli przeżyjemy zakręty, mgłę i wszechobecne ciężarówki, to dobrze byłoby gdzieś zjeść. W Kostaryce bardzo popularne są tzw. Soda Bary, odpowiednik kanaryjskich chiringito, czyli mała budka, w której można zjeść lokalne dania za grosze (dla ticos) albo za 10 razy drożej (dla turystów). Jako że G. mówi z akcentem latynoskim (ach ten kanaryjski mąż), po kilku dniach on wchodził do baru sam, zamawiał, płacił i dopiero wtedy pojawiałam się ja - dzięki temu sporo zaoszczędziliśmy.


pierwszy soda bar w jakim się zatrzymaliśmy - Las Palmas Soda

i żaba, którą obok niego znaleźliśmy - jedna z niewielu trujących żyjących w Kostaryce


Do Limon dotarliśmy z wieloma przygodami około 18, ale czekała nas jeszcze godzina do Puerto Viejo, około 50km na południe od Limon. Pierwszy odcinek drogi nawet ok, natomiast później wjechaliśmy na wąski asfalt pomiędzy dwoma ścianami lasu, odgłosy dzikich zwierząt, mnóstwo dziur na jezdni...dramat panie, dramat! G. nareszcie przyznał mi rację, że w Kostaryce nie zaleca się jazdy po nocy. Po prawie godzinie dojechaliśmy do miasta...i było znów Limon. Tak, zrobiliśmy gigantyczne godzinne koło by wrócić do tego samego miejsca, w którym byliśmy wcześniej (bateria w telefonie padła około 17 ;) ). No ale później już bez większych przygód dotarliśmy do właściwej miejscowości.

W Puerto Viejo de Limon zatrzymaliśmy się w Hotel Butique Indalo - bardzo mili właściciele, ładny pokój, bezpłatny internet. Niestety pogoda na wybrzeżu karaibskim nas nie rozpieszczała, w związku z czym pobyt postanowiliśmy skrócić do jednej nocy. Wieczorem poszliśmy szukać lokalnej restauracji, ale w Puerto Viejo chyba takich nie ma. Za to na każdym rogu można kupić dowolny narkotyk istniejący na rynku, przynajmniej takie odnieśliśmy wrażenie.

ptaki suszące się po deszczu

jedna z uliczek w Puerto Viejo


Z samego rana (znów ta pobudka o 6!) pojechaliśmy do Parku Narodowego Cahuita - nawet ładna plaża przy samym wejściu, później dobrze zorganizowana trasa do pieszej wędrówki. Niestety po mniej więcej 40 minutach zaczęło padać, a deszcz na Karaibach to nie jest mżawka. Tam pada jak z węża strażackiego albo i lepiej. Deszcz złapał nas chwilę przed przekroczeniem takiej malutkiej rzeczki (bez mostku), która po kwadransie zamieniła się w szeroki strumień z mocnymi prądami- myślę, że gdybyśmy przeszli ją przed deszczem, to mielibyśmy spory problem z bezpiecznym powrotem.

jedno z dwóch wejść do Parku Narodowego Cahuita

taki tam ciepły letni deszczyk - mieliśmy mokry każdy kawałek ciała i ubrania





jak widać, deszcz w Kostaryce to konkretna sprawa


Wróciliśmy do Puerto Viejo wymienić auto na takie z przednią szybą w jednym kawałku i udaliśmy się do Jaguar Rescue Center. Jest to miejsce prowadzone przez dwóch biologów, a poza stałymi pracownikami mają bardzo dużo wolontariuszy. Celem jest przywrócenie poszkodowanych zwierząt naturze lub, jeśli to niemożliwe, zaopiekowanie się nimi aż do ich śmierci.

W Jaguar Rescue Center zajmują się głównie jaguarami, ptakami (sowy, papugi, tukany) i małpami. Zasada jest taka - jeśli zwierzę zostaje wyleczone (np. ze złamanego skrzydła) to otwiera się klatkę i gdy poczuje "zew natury" - opuszcza centrum. Oczywiście jest to miejsce komercyjne, nie ma porównania z Parkami Narodowymi, ale biorąc pod uwagę często spotykane (chociaż zakazane) w Kostaryce trzymanie dzikich zwierząt w domu - jego misja ma sens, bo dzięki temu nie trzeba usypiać zwierząt odebranych przez policję.

W Centrum mieliśmy okazję zobaczyć słynną zieloną żabę (jeden z symboli kraju), tukany, małego jaguara z którym bawiła się wolontariuszka, leniwce, małpy. Wejście kosztowało coś pomiędzy 15 a 20$, ale przynajmniej dorzuciliśmy swoją cegiełkę do funkcjonowania tego miejsca.

można pobawić się z małpami, ale nie można robić zdjęć będąc w środku, bo kradną aparaty

tukan, którego ktoś trzymał w domu i obciął mu ogon żeby nie uciekł...

Ostatnim już punktem programu w Puerto Viejo była plaża. Mieliśmy szczęście, bo na chwilę przestało padać i mogliśmy się wykąpać. Ale co tu dużo mówić- plaże Fuerteventury rozpieszczają i te karaibskie wydawały mi się byle jakie, szczególnie przy morzu brudnym po deszczu. Za to drink przyrządzony w barze pomiędzy palmami był jednym z najlepszych jakie piłam w życiu :)



widok z trasy Puerto Viejo-Limon

Po szybkiej kąpieli myk myk do auta i główną drogą w stronę Guapiles, stamtąd (już po ciemku, znów noc zapadła przed naszym dotarciem do celu) do Cariari - ostatniego miejsca przed Tortugero, gdzie są hotele. Tam spędziliśmy noc  i z samego rana udaliśmy się do La Pavony - znajduje się tam przystań, z której odpływają promy do Tortugero.
Hotel w Cariari był najgorszym ze wszystkich w których spaliśmy, droga do La Pavony najgorszą, na którą trafiliśmy. Auto terenowe NAPRAWDĘ konieczne.

Zaparkowaliśmy na jedynym parkingu, kupiliśmy bilety na prom i o 7:30 popłynęliśmy w stronę Parku Narodowego Tortugero. Sama podróż łodzią też dosyć ciekawa, akurat tego dnia byliśmy jedynymi osobami spoza Kostaryki. Na przystani w Tortugero skierowaliśmy się od razu w lewo do biura lokalnych przewodników - trafił się nam ok. 60letni człowiek, który mieszka tam od urodzenia i wiedział wszystko o parku narodowym. Co prawda łódź była wiosłowa, czyli nie mogliśmy poleniuchować, ale nie o to przecież chodzi. Dzięki prawie bezgłośnemu poruszaniu się i wiedzy przewodnika udało nam się zobaczyć mnóstwo, naprawdę mnóstwo zwierząt.










główna ulica Tortugero :)

Odwiedziliśmy Tortugero w dosyć spokojnym okresie, ale zwykle - gdy żółwie składają jaja na plaży - miejscowość jest pełna i trzeba rezerwować hotele z wyprzedzeniem. Ze względu na brak żółwi zdecydowaliśmy się wpaść tam tylko na kilka godzin, by wziąć udział we wspomnianej wyżej wycieczce kanałami parku narodowego, a o 14:30 już siedzieliśmy na promie w stronę La Pavona. Gdyby ktoś odwiedził Tortugero, polecam bar przy samej przystani - takiego kurczaka jak tam nie jadłam nigdy w życiu.

Do Pavony dopłynęliśmy koło 15:30, a kolejnym przystankiem był znów Aloft w San Jose, tak by z samego rana wyruszyć do Wulkanu Poas. Skorzystałam z okazji i zrobiłam pranie (darmowe pralki i suszarki na 7. piętrze, juhu), bo po wilgotnym wybrzeżu karaibskim wszystkie ubrania wydawały się brudne. Łóżko sweetsleeper kusiło swoją miękkością, więc nawet nie zdążyłam obejrzeć zdjęć z poprzednich dwóch dni, bo odpłynęłam zdecydowanie szybciej niż zwykle w objęcia morfeusza...